niedziela, 24 czerwca 2012

Trzy.


    Może czas zostawić przeszłość, czas zapomnieć, zainteresować się tym co teraz, w tej chwili. Niektórzy powiadają że w tak młodym wieku nie kocha się naprawdę, ale wierzę że My byliśmy wyjątkiem. Nie mogłem znieś widoku kiedy płakała, nie mogłem znieść widoku jej ręki w gipsie. To cholernie mocno bolało...  Więc może powiem tylko w skrócie, poprosiłem ją o bycie razem około dwa miesiące po poznaniu. Jeździła ze mną po świecie, nasz pierwszy raz skończył się tragicznie. Erin zaszła w ciąze mając niespełna 17 lat. Wyrzucili ją z domu, kupiłem dom byle jaki byle gdzie. Zamieszkaliśmy tam, opiekowałem się nie, przerywają karierę. Erin z dnia na dzień czuła się gorzej, miała problemy ze zdrowiem, lekarze nie mogli wyregulować jej ciśnienia, Erin miała także za dużo prolaktyny, początki anemii często mdlała. W pewnym momencie miałem tego dosyć, kłóciłem się z kumplami z ekipą. Nie miałem czasu dla siebie tylko Erin,Erin i Erin. Latałem jak oszalały po aptekach, szpitalach sklepach. Zostawiłem ją na początku 8 miesiąca, zaczęła pić, nie wiem kto to spowodował, była przecież nieletnia. Dopiero kiedy dowiedziałem się że będziemy mieć syna, a ona pragnie nazwać go Justin Jeremy coś się we mnie ruszyło. Kiedy wszedłem do domu wypłakała mi się że jest jej tak ciężko, że nie daje sobie rady i że nadal mnie kocha... Wróciłem do niej. Tego wieczora wysłała mnie do sklepu bo jakąś colę i to się stało, szedłem wtedy pustą ulicą czułem się osaczony. Dla bezpieczeństwa założyłem kaptur, zgarbiłem się sam nie wiem dlaczego. Po kilku minutach poczułem chłodny wiatr, naciągnąłem kaptur, zimny dotyk, para czerwonych oczu, słowa kumpla. ' W tym świecie jestem samotny, przydasz mi się. Bardziej niż Erin''. Później tylko błogostan, jakby sen i łuna białego światła. Później znalazłem się w dużej sali, z lustrami. Spojrzałem w lustrzane odbicie, byłem blady jakby bardziej przypakowany. Dopiero później poczułem kły.
-Witamy w świecie nieśmiertelnych . - aksamitny kobiecy głos wypowiedział słowa .- Nazywam się Rosalie, i jestem czymś w rodzaju króla , opiekuna. Wywodzę się z najstarszego rodu wampirów. I właśnie zostałeś jednym z nas... A teraz - kobieta zrobiła pauzę - Przejdziesz próbę, mianowicie próby. Zobaczymy czy mozesz być jednym z nas... - w mgnieniu oka trafiłem do ciemnego pokoju, rozglądałem się i zauważyłam leżąca w kącie Erin, miała na sobie balową różową sukienkę. Była wystraszona, jakby spłoszona sarenka. Trzymała się za brzuch, nagle ktoś do niej podszedł, ukucnął przy niej i zaczął bawić się jej włosami, w końcu uderzył ją w policzek.
-Nie.! - wrzasnąłem
Chłopak uśmiechnął się szyderczo. Po kilku sekundach zerwał z Erin sukienkę, poczułem na sobie łańcuchy, nie mogłem się ruszyć. Dziewczyna próbowała wstać, uciec lecz on jej nie pozwalał. Znów ją uderzył, po czym wziął stojący obok wazon i zrzucił na jej nogę. Krew się polała a ja poczułem dziwne pragnienie, jakbym przez tydzień nic nie pił , ani nie jadł. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, nie myślałem o głodzie, tylko o moim sercu które teraz było deptane. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, o pomoc, zaczęła wzywać mnie. Chłopak znów pochylił się nad nią, jednym ruchem ręki rozszarpał jej brzuch, głowa Erin z hukiem upadła na ziemię, chłopak wyjął dziecko i jakby, jakby... zjadł. Miałem już dosyć, rozszarpałem łańcuchy i podbiegłem do dizewczyny.
-Erin, Erin skarbie ... Nie rób mi tego, jestem przy Tobie. - mówiłem gorączkowo.
-Najważniejsze jest to że umierma w twoich ramionach. - wyszeptała zamykając oczy